facebook twitter instagram tumblr

awaked-moments

life in a few words

  • Home
  • About
  • Reviews
  • Articles
  • Lifestyle
    • Beauty
    • Fashion
    • Food
    • Other
  • Contact/Cooperation

        Coraz większą popularnością cieszą się świece sojowe – naturalne, ekologiczne, wegańskie. W pięknych opakowaniach, o niebanalnych zapachach i kształtach. Świetne właściwości wosku naturalnego zostały odkryte setki lat temu, jednak dopiero od niedawna przyszło im konkurować ze świecami parafinowymi. A wielka szkoda! Świece sojowe są nie tylko bezpieczniejsze, ale i palą się zdecydowanie dłużej. Sama długo zwlekałam z zakupem, ale teraz nie wyobrażam sobie by w domu mogło się palić coś innego. Na mojej drodze stanął Wosk i Knot i totalnie przekonał mnie do ich asortymentu. O firmie, wosku i świecach przeczytacie poniżej.

Wosk sojowy i świece naturalne – właściwości i zalety

        Historia pierwszych świec sięga 3000 lat p.n.e. - wykonane był z łoju zwierzęcego i używane przez starożytne cywilizacje. W Polsce pierwsze podania o świecach łojowych z knotem z liścia datuje się na XVI wiek. Natomiast jeśli chodzi o świece naturalne (z wosku palmowego i sojowego) zaczęły swoją egzystencję w latach 90-tych XX wieku. Jak dobrze wiemy, przed oświetleniem gazowym i elektrycznym, świece były jedyną formą oświetlenia w domach po zachodzie słońca. Dziś świece kojarzą nam się z romantyczną kolacją, relaksem w zaciszu domowym i zimowymi wieczorami. Pobudzają zmysły, poprawiają nastrój. Warto jednak pamiętać, że świece parafinowe mogą jednak wyrządzić więcej krzywy niż pożytku. A to za sprawą składu. Świece parafinowe wytwarzają lotną sadzę i w czasie palenia w pomieszczeniach podnoszą poziom CO2. Parafina, z której są wykonane jest pochodną ropy i może nieźle zaszkodzić Nam i całemu otoczeniu. Bóle i zawroty głowy, mdłości – to tylko początek. Częste palenie takich świec możne doprowadzić do poważniejszych uszkodzeń naszych organów wewnętrznych. Łatwo także o poparzenia czy zabrudzenia. I tu wchodzi wosk naturalny.

        Wosk naturalny to nic innego jak wosk roślinny: palmowy, sojowy, kokosowy. Istnieje też wosk pszczeli (naturalny, nie poddawany procesom chemicznym, wytwarzany z plastrów pszczelich). Tutaj skupimy się jednak na tych roślinnych. Palą się ciepłym żółtym światłem, wosk jest miękki, szybciej się rozpuszcza, wypala się czysto. Do produkcji świec naturalnych używa się wyżej wymienionych wosków roślinnych, jednak największą popularnością cieszy się wosk sojowy. Wosk ten, sam w sobie pachnie delikatnie, łagodnie i pudrowo. Jest dzięki temu idealnym nośnikiem innych zapachów, ponieważ świetnie komponuje się z olejkami eterycznymi. Podzielić go można na: wosk miękki (do zalewania w pojemnikach, używany do masażu oraz wosków zapachowych) oraz na twardy (używany do świec filarowych, gładki po zastygnięciu). Świece sojowe wykonane z niemodyfikowanej soi, wyrabiane ręcznie, nie zawierają substancji szkodliwych – pestycydów itp. są więc idealną alternatywą dla świec parafinowych. Są bezpieczniejsze i zdrowsze. I mogą być używane przez alergików! Coraz częściej zwracamy uwagę na skład produktów – czy to jedzenia czy kosmetyków. Świadome żywienie i pielęgnacja nie jest już tylko zarezerwowana dla ekomaniaków. Świadome wybory pozwalają nam chronić nie tylko siebie, ale także planetę na której mieszkamy. Przy świecach również mamy zdrowszą alternatywę. Poniżej przedstawiam Wam 10 powodów, dla których warto sięgnąć po świece sojowe.

10 powodów, dla których warto wybrać świece sojowe:

1. Pochodzą ze źródeł odnawialnych, są naturalne (nie toksyczne) i biodegradowalne

2. Wytwarzają aż 90% mniej lotnej sadzy niż świece parafinowe

3. Łatwo schodzą z każdej powierzchni (wystarczy ciepła woda i mydło)

4. Święcę można aplikować na skórę

5. Nie powodują bólów głowy, ponieważ pozbawione są chemicznych dodatków

6. Dzięki niższej temperaturze palenia, poparzenia woskiem nie wchodzą w grę

7. Nie kopcą, nie dymią, nie podnoszą CO2 w atmosferze

8. Knot (zazwyczaj bawełniany) również pozbawiony jest szkodliwych składników

9. Palą się aż o 50% dłużej niż świece parafinowe (potrafią się wypalić też do końca)

10. Ich zapach jest intensywniejszy i bardziej wyrazisty

O firmie i produktach
        
        Wosk i Knot to polska marka, która działa od sierpnia 2020 roku w Trójmieście. Zanim zajęli się produkcją świec, gruntownie przekopali internet i przeanalizowali z czym to się je. Dzięki czemu mogli fachowo i z niezwykłą starannością zacząć produkcję swoich świec. Zaczynając od podstaw – roztapiając wosk, przytwierdzając knot do naczynia, aż po ręcznie przyklejenie etykiety, firma wznosi się na wyżyny a ich produkty cieszą się coraz większym zainteresowaniem. Wosk i Knot prowadzi również bloga w tematyce świecowo-edukacyjnym, do którego serdecznie Was zapraszam. Znajdziecie tam masę ciekawostek, a także instrukcje jak postępować ze świecami sojowymi.

        „Zapach to nic innego jak dotyk, który czujemy z daleka.” – takie hasło widnieje na stronie firmy. I ja się z tym zgadzam. Zapach potrafi tak mocno zakorzenić się w naszej podświadomości, że będzie wywoływać przeróżne emocje – od szczęścia, wzruszenia a na smutku kończąc. Nie bez powodu marketing sensoryczny jest tak bardzo popularny. Szczególnie z wykorzystaniem zapachu. Gdybym zawiązała Wam oczy i zaprowadziła do danego sklepu, od razu byście odgadli gdzie jesteście. Dlaczego? Bo wiele z nich rozpyla specyficzny, rozpoznawalny zapach, który ma za zadanie łączyć wasze wspomnienia z tym miejscem (najlepiej wychodzi to Mohito).

        Jeśli chodzi o asortyment to on wciąż się rozrasta. Firma nie spoczywa na laurach i co rusz tworzy nowe kombinacje zapachowe. Jak widzicie na zdjęciu ja skusiłam się na „Kwiat Bzu” oraz „Skórka chleba + karmel”. I nie wiem który zapach bardziej mi odpowiada. Ich intensywność jest niesamowita. Kwiat bzu przypomina mi o wiośnie, słyszę w głowie śpiew ptaków, czuję promienie słońca na skórze. Znów skórka chleba z karmelem kojarzy mi się z okresem świąt, gorącym kakao, kocem i sweterkami. I z jedzeniem! Jak to na grubaska przystało, gdybym nie widziała etykiety pewnie bym wzięła łyżkę i spróbowała. Świece są w szklanych opakowaniach, więc po wypaleniu możecie dać drugie życie naczyniu – nic się nie zmarnuje!
Oprócz tych świec znajdzie w sklepie takie zapachy jak: „brownie + dynia”, „piernik”, „różowa czekolada”, „aloes + ogórek”, „stara drukarnia” czy „dzika mięta”. Świece możecie kupować pojedynczo lub w zestawie (w wariancie 4,5 i 8). Dodatkowo firma oferuje również woski i akcesoria takie jak: kominki, gasidełka oraz sprzęt do robienia własnych świec. Jest w czym wybierać. Nawet najwybredniejszy znajdzie coś dla siebie. Mnie kusi sprawdzić jeszcze kilka świec – szczególnie „stara drukarnia” do mnie przemawia.

Podsumowując

        Wosk i Knot to zdecydowanie firma, która jeszcze nie raz nas zaskoczy – asortymentem i zapachami. Ich finezja w tworzeniu świec robi ogromne wrażenie, a miłość, jaką w to wkładają widać gołym okiem. A raczej czuć nosem. To oni przekonali mnie do świec sojowych. Z ich bloga dowiedziałam się wielu cennych rzeczy. A świece – jakość pierwsza klasa. Ich zapach, sposób palenia, piękne opakowanie - są warte każdej ceny. A ceny są naprawdę atrakcyjne. Mamy tutaj wysoką jakość za niewielką kwotę. I ja to szanuje. Są to świece na każdą kieszeń, nie tylko dla tych co mają konkretne wypłaty. Warto zamienić szkodliwe substancje na coś, co będzie bezpieczne nie tylko dla nas, ale i dla naszych zwierząt czy środowiska. Ja na pewno jeszcze nie raz skuszę się na zakupy. A dla Was na zachętę zostawiam kod rabatowy! I niech moc sojowa będzie z Wami!


KOD RABATOWY „AWAKEDMOMENTS15” WAŻNY DO KOŃCA LIPCA

„Piosenki i zapachy przenoszą człowieka w czasie bardziej niż cokolwiek innego. To zadziwiające, ile można sobie przypomnieć, dzięki kilku dźwiękom albo odrobinie zapachu...”
Share
Tweet
Pin
Share
No komentarze

 


        Po kilku wpadkach z cateringami na długi czas dałam sobie z nimi spokój. Zepsute jedzenie, tragiczne doprawienie, ceny z kosmosu nijak mające się do jakości - z tym w większości kojarzą mi się Poznańskie (i nie tylko) cateringi. Próbowałam opcji sokowej, slim, sport - no nie wyszło. Pech. Oczywiście rynek diet pudełkowych jest ogromny - można przebierać do woli. Ja trafiałam średnio dobrze. Raz sugerowałam się opiniami na stronie, innym razem skusiła mnie promocja. Albo było niezjadliwe, albo chodziłam głodna. Dlaczego zdecydowałam się ponownie spróbować? Z dwóch powodów. Po pierwsze, chciałam wreszcie ogarnąć swoje problemy z jedzeniem, a po drugie skusili mnie znajomi z Koszalina. Jak wypadła Dieta od brokuła przeczytacie poniżej.

Gang brokuła – o firmie i ofercie słów kilka

        Firma działa od 2017 roku i została założona w Trójmieście przez dwójkę przyjaciół. Ich plan na przyszłość? Tworzenie marki „Diety od Brokuła”, wprowadzanie nowych diet oraz miast. Jak dla mnie brzmi super. Na dzień dzisiejszy Brokuł oferuje diety w opcjach:
  1. Slim:
  • od 1200 do 2500 kcl
  • do wyboru mamy: wege, wege + fish, dieta o niskiej zawartości laktozy/glutenu/glutenu i laktozy
  1. Sport:
  • od 1200 do 3500 kcl
  • do wyboru mamy: standard i gain (od 1 do 4) – polecana dla osób uprawiających sport
  1. Dajcie mi tylko jeść :D
  • różnorodna kaloryczność,
  • do wyboru mamy: zdrowy obiadek plus, pakiet office M/XL, śniadanie + obiad + kolacja M/XL (możliwość opcji wege)
        Brokuł prężnie się rozwija i co rusz podbija nowe miasta. Od 1 listopada urzęduje w Poznaniu, Malborku i Starogardzie Gdańskim. Oprócz tego znajdziecie go również w: Szczecinie, Koszalinie, Słupsku, Trójmieście i okolicach, Elblągu, Olsztynie, Ostródzie, Nidzicy, Działdowie, Grudziądzu, Bydgoszczy, Toruniu, Łodzi i okolicach, Warszawie i okolicach, Płońsku, Ciechanowie, Włocławku, na terenie Nowego Dworu Mazowieckiego, Płocku, Kołobrzegu oraz Białogardu. Aktualną listę miast znajdziecie na ich stronie.

        Posiłki rozwożone są specjalnie przystosowanymi do tego celu samochodami-chłodniami wyposażonymi w agregaty chłodnicze. Kierowcy codziennie odbierają przygotowane paczki z posiłkami bezpośrednio z chłodni i dostarczają wprost pod drzwi. Wiele pytań i oburzenia budzi torba, w której jedzenie przyjeżdża. Jednak spokojnie – brokuł stara się dbać o środowisko. Surowce użyte do produkcji toreb są nieszkodliwe, nadają się do recyklingu i posiadają dodatek oksybiodegradowalny, który przyśpiesza jej rozkład w warunkach naturalnych.

"Nasze diety przygotowywane są ze szczególną starannością i dbałością o każdy szczegół. Zapewniamy różnorodność, doskonałą jakość oraz przestrzeganie zasad zdrowego odżywania. Wspieramy naszą wiedzą oraz umożliwiamy konsultacje z dietetykiem, który pomoże Wam w doborze odpowiedniej kaloryczności. Nieustannie pracujemy nad tym, aby spełniać oczekiwania najbardziej wymagających osób. Słuchamy sugestii naszych Klientów i zmieniamy się dla Was!”
        
        Ekipa brokuła to sztab ludzi, którzy dbają by firma się rozwijała i karmiła swoich klientów jak najlepiej. Ich Facebook oraz Instagram to barwne posty i masa informacji – tam też codziennie pojawia się menu. Oprócz tego strzałem w dziesiątkę jest kanał na Youtube, który mam nadzieję będzie obfitował w ciekawe filmy z życia firmy, produkcji jedzenia i ważnych informacji żywieniowych. Może wpadną też jakieś treningi? Byłabym za!

Złota piątka według Borkuła to:

  1. Najniższe ceny
  2. Różnorodność
  3. Zdrowie
  4. Czas
  5. Świeżość
Czy przedkłada się to w praktyce? Już Wam mówię.

Dieta jak zawsze od poniedziałku

        Oczywiście jak na starą wyjadaczkę dietowych ekscesów przystało, początek przygody z borkułem przypadł na poniedziałek. Wiecie - nowy tydzień nowa ja, nowe możliwości. Po konsultacji z dietetykiem (który jest dostępny w Ekipie Brokuła) wybrałam opcję Sport 1500 kcl, miesiąc bez weekendów. Jedzonko przyjechało w niedzielę wieczorem WRESZCIE o normalnej godzinie. Zawsze między 20 a 22 mam już swoje pudełka w lodówce. To jest dla mnie ogromny plus, że nie muszę wstawać w nocy, martwić się czy ktoś mi torby nie gwizdnie, kiedy będę spała. Mam nadzieję, że tak już zostanie. Samo jedzenie jest dobrze zapakowane, torba zawiązana dość mocno. Nie trafiłam jeszcze na uszkodzone pudełko. Cały proces transportu i opakowań na plus.

        Przejdźmy teraz do jedzenia. Różnorodność – no nie ma nudy. Jeśli ktoś szuka prostych i jałowych potraw to brokuł nie jest dla niego. Tutaj codziennie mamy coś innego. Ja zakochałam się w ich placuszkach twarogowych, maśle ziołowo-pomidorowym i fajitas z warzywami. Nie brakuje mi niczego. Jest wytrawnie, jest słodko. Równowaga zachowana. Jedzenie nie jest jałowe – dla mnie poziom przyprawienia jest ok. Czy muszę dojadać? Nie, choć nie ukrywam, że czasami dodaje sobie jakiś owoc czy warzywo (nie mogę żyć bez pomidorów). Dla mnie 1500 kcl w wersji sport jest super. Nie za dużo, nie za mało. Jak wprowadzę treningi, wtedy będę myśleć nad zmianami. Teraz jest ok.

        Jakość posiłków a cena? No jestem w szoku. Bo Borokuł to jeden z najtańszych cateringów, jakie udało mi się znaleźć. No i jakość posiłków jest naprawdę super. Nie ma oszczędzania, nie ma skąpstwa. Jest tanio i jest smacznie.

        Czy znalazłam jakieś wady i niedociągnięcia? Nie, chociaż fajnie by było gdyby z czasem zostało wprowadzone wykluczanie nielubianych składników bądź tych, które mogą uczulać. Jako alergiczka nie wszystko mogę zjeść w całości, a wielka szkoda. Nad tym Bokule możesz pomyśleć. Fajną opcją byłoby też dodanie kaloryczności na każdy posiłek. No i więcej miast. Jak widać ich „Złota piątka” sprawdza się całkowicie.

Na koniec słów kilka…

        Kocham gotować - to nie podlega jakiejkolwiek dyskusji. Jednak brak czasu, nieregularne jedzenie (i ciężka relacja z nim), dobre opnie znajomych sprawiły, że zaufałam Brokułowi. I nie żałuję. Jako osoba, która przeszła wszelkie możliwe diety (od tych sokowych po kapuściane a na głodówkach kończąc) bardzo ostrożnie podchodzę do kwestii diet i odchudzania. Od małego przyjmuję leki sterydowe (astma oskrzelowa i AZS pozdrawia). Raz tyję, raz chudnę. Raz czuję się lepiej, raz gorzej. Raz biorę tonę leków, raz mam spokój na lata. Nie mniej jednak kult diety i nagonkę na bycie fit przerobiłam. Zapłaciłam za to wysoką cenę, jaką jest problem z jedzeniem. Raz jest moim przyjacielem, raz największym wrogiem. Moja relacja z nim jest ciężka, wyboista i problematyczna. Łatwo wpadam w tryb "nie jem nic" i "muszę szybko schudnąć". Zdarza się też opcja "zajem nerwy". Niestety sytuacja jaka obecnie panuje w Polsce też nie należy do przyjemnych. Siłownie, baseny - zamknięte. Lekarze - jak nie masz korony to nie chcą Cię leczyć. Motywacja do czegokolwiek - ch*jowa. No ale trzeba było spiąć dupkę i się ogarnąć. Wyciągnąć rękę po pomoc i spróbować wyjść na prostą. Stąd Dieta od Brokuła. Bardzo dziękuję Pani dietetyk za wysłuchanie moich problemów i pomoc – tego często brakuje w firmach z dietami pudełkowymi. Cieszę się, że spróbowałam. Że wyrobiłam sobie zdanie sama. W internecie jak zawsze zdania są podzielone. Wszystkim się nie dogodzi, dlatego zachęcam Was byście sami zawsze wszystko sprawdzili. Nigdy nie wiadomo czy konkurencja nie wypisuje bredni. Nie trafiłam na zepsute jedzenie, na uszkodzone pudełka, na opóźnienia czy w ogóle brak jedzenia na dany dzień. Dla mnie Diety od Brokuła spisują się świetnie i mam nadzieję, że nie spoczną na laurach i będą wciąż podnosić sobie poprzeczkę. Jeśli tak – na pewno zwiążę się z nimi na dłużej.


A teraz mała niespodzianka! 
W porozumieniu z Brokułem mam dla Was kody rabatowe: -10% dla nowych klientów, byście mogli (tak jak ja) sami wyrobić sobie opinię o firmie i ich jedzeniu. Każdego, kto chce kod zapraszam do kontaktu w wiadomości prywatnej (mailowo czy na instagramie/facebooku). Kod obejmuje całą ofertę Brokuła, także każdy znajdzie coś dla siebie. 

Przetestujcie i dajcie znać jak Wam smakowało!
Share
Tweet
Pin
Share
No komentarze


W ostatnich miesiącach wiele się dzieje w świecie Plus Size i Body Positive. Nie zdążyły opaść emocje po kampanii reklamowej H&M, jak niecały miesiąc później kobiety w różnych rozmiarach wyszły na ulice Warszawy, manifestując miłość i akceptację swojego ciała. Jak widać za ciosem poszła firma NIKE, która w Londyńskim sklepie postawiła manekina o bardziej krągłych kształtach. I chociaż wszystkie akcje spotkały się w większości z pozytywnym odbiorem (szczególnie za granicą), to jednak nie zabrakło fali hejtu, jako iż każde przedsięwzięcie promuje otyłość.

Cóż…McDonald jakoś nic nam nie dał. KFC też…

Ale po kolei.

H&M i naturalne modelki
W maju tego roku H&M pozytywnie mnie zaskoczyło. Jak zawsze ich idealne, wyretuszowane modelki, reklamujące stroje na idealne sylwetki, budziły we mnie sprzeczne emocje. Bo fajnie, że ktoś jest szczupły i ma sześciopak na brzuchu, ale gdzie w tym wszystkim reszta świata? No nie było. Aż do teraz.
Firma wyszła naprzeciw oczekiwaniom klientów i do swojej kampanii reklamowej zaprosiła modelki o różnych figurach, a zdjęcia promocyjne nie zostały poddane obróbce. Super, prawda? Wreszcie można zobaczyć jak naprawdę dana rzecz będzie leżeć na figurze typu np. gruszka. Jak dla mnie bomba! Kupili mnie tym całkowicie. Czy kupili resztę świata? I tak i nie. Standardowo za granicą przyjęło się to lepiej. A u Nas? Cytując Pana Z. Stonogę „Szkoda ryja strzępić”. Kobiety (bo ich w komentarzach zawsze jest najwięcej) uznały zdjęcia za…nieapetyczne i nieestetyczne. I to tylko dlatego, że jakaś tam modelka ma rozstępy czy fałdkę na brzuchu. Zamiast cieszyć się, że wreszcie można zobaczyć jak dany strój będzie leżał bez udziału czynników graficznych, to nie….najlepiej wylać wiadro pomyj. Standardowo było wielkie bum odnośnie tego, że te kobiety są „zaniedbane” i „leniwe” – no bo kto to widział w XXI wieku mieć cellulit? Dno dna i kilometr mułu, a to był dopiero początek.


The Real Catwalk Polska podbija Warszawę

            Na to wydarzenie czekałam jak na szpilkach z racji tego, że mogłam wziąć w nim udział osobiście. Pokaz kobiet i mężczyzn, ubranych tylko w bieliznę (u nas Panów zabrakło, a szkoda) w różnych rozmiarach, miał za zadanie uświadomić społeczeństwo, że każdy z Nas jest inny. Nosi inny rozmiar, ma inną historię i inne rysy na ciele. Pomysłodawcą całego eventu była Zuzanna Zakrzewska, która wzięła udział w takim pokazie jakiś czas temu we Włoszech. Cała otoczka solidarności, wsparcia i przyjaźni tak ją zauroczyła, że postanowiła taką akcję zrobić w Polsce. Może się wydawać, że to nic takiego - wyjść w bieliźnie – jednak tysiące patrzących na Ciebie oczu, dziennikarze czy fotografowie potrafią onieśmielić. Poza tym, wiele kobiet wciąż chowa się przed światem. Ma swój bezpieczny kąt, swoją strefę komfortu której nie chce opuszczać, bo boi się co powiedzą inni. To jest chore! Każdemu z Nas należy się prawo do życia i bycia takim jakim chce. Czy nosisz rozmiar xs czy xxl – Twoje ciało ma być Twoją świątynią z której to ty masz być dumna. A nie jakaś Kryśka spod jedynki, co sama Angeliną Jolie nie jest. Łatwo jest nam krytykować, hejtować. Ciężej jest się zastanowić – bo o zrozumienie to nawet nie proszę. Naczytałam się wiele opinii i komentarzy, jakoby cała impreza miała za zadanie usprawiedliwić otyłość. Szkoda, że nikt nie zauważył szczupłych dziewczyn, które brały udział. Łysej dziewczyny. Dziewczyn po depresji, które się okaleczały.  Nie, widać było tylko grubasów co promują otyłość. Uwierzcie mi, że żaden fast food nam nie zapłacił, a i ja nie szłam z plakietką na dupie z napisem „Żryj więcej! Bycie otyłym jest fajne” i chorągiewką Burdel Kinga. Shame.


            Jest to dla mnie naprawdę przykre co się wyprawia w sieci. Jeszcze bardziej smuci mnie fakt, że gównem obrzucają się wzajemnie kobiety. Jesteśmy dla siebie takimi sukami, tak sobie rzucamy kłody pod nogi, że niedługo większość będzie nurkować w szambie codziennie. Właśnie przez swoją zawiść, zazdrość, patologiczną nienawiść do innych ludzi. Bo to jest patologiczne. Takiej nienawiści nie widziałam od lat. W dobie internetu każdy jest dietetykiem, sportsmenem, trenerem personalnym i koleżanką Chodakowskiej. Każdy to profesor i on wie lepiej. Jak jesteś duża to dlatego, że dużo żresz, a jak jesteś bardzo chuda to dlatego, że nie żresz. Podejrzewam, że nawet przez chwilę dany hejter nie zastanowi się „Ej, ciekawe jak wygląda jej życie?” albo „Ciekawe czy coś działa by było jej lżej?” 
No nie, bo po co…jak widać myślenie boli.

NIKE i manekin plus size

            Wisienką na torcie zamieszania wokół body positive została firma NIKE. Tworząc kolekcję ubrań dla Plus Size, nie zapomniał o odpowiedniej prezentacji. I tak w Londyńskim sklepie stanął manekin o krągłych kształtach (warto wspomnieć, że w Ameryce Północnej takie istnieją od 2018 roku). Jak to odebrało społeczeństwo? Przedstawiciel firmy powiedział jasno „Kolekcja została stworzona w celu zapewnienia idealnego dopasowania w każdym rozmiarze, stąd odpowiednie manekiny”. No w końcu jaki jest sens reklamować rozmiar xxl na manekinie w rozmiarze s. Szkoda, ze ponownie taka akcja spotkała się z ogromem krytyki. Tanya Gold w felietonie dla Telegraph stwierdziła, że manekiny są tak naprawdę „otyłe” i „sprzedają kobietom niebezpieczne kłamstwo”. No żesz kurwa…jakie kłamstwo? Kłamstwem jest, że istnieją kobiety w większych rozmiarach? Z większym tyłkiem, biodrami czy talią? Tak wiele osób drze ryja, że kobiety plus size się nie ruszają, a na siłowni wyglądają niechlujnie. NIKE wyszło takim oskarżeniom naprzeciw, tworząc kolekcję i dalej jest źle.

Jak żyć drodzy hejterzy?

Szczupło. No bo jak inaczej?


„Czasami człowiek sądzi, że ujrzał już dno studni ludzkiej głupoty, ale spotyka kogoś, dzięki komu dowiaduje się, że ta studnia jednak nie ma dna.” Uwielbiam ten cytat – idealnie podsumowuje moją reakcję na pierdololo ludzi w sieci. Siedzą takie Grażynki i Halinki sfrustrowane życiem (no bo jak inaczej to określić) i pieprzą trzy po trzy jak to świat oszalał promując otyłość. Podziwiam ludzi którym chce się to robić – pisać i wylewać jad na każdego, kto chociaż trochę inaczej wygląda. Anja Rubik promuje anoreksję, Anna Lewandowska promuje nierealny wygląd matki, a my dziewczyny Plus Size otyłość, choroby serca i wysoki cholesterol. Powiem szczerze, że prędzej serce mi wysiądzie od czytania takich głupot, niż od mojej wagi.

Długo zbierałam się na ten post i jak widać jest on nacechowany wieloma emocjami, ale jak przejść obojętnie wokół takiej gówno burzy? Nie dogodzi się wszystkim, ba…nawet nie ma co się starać. Najlepszym wyjściem jest po prostu to olać.

Drogie dziewczyny (i Panowie również) – bądźcie szczęśliwe. Kochajcie siebie, pracujcie nas sobą jeśli czujecie taką potrzebę. Żyjcie zgodnie w własną wolą.

Drodzy hejterzy – ruch body positive to nie ślepe kochanie siebie i usprawiedliwianie swoich „wad” czy „niedoskonałości”. Dla każdego te określenie znaczy coś innego, ale przesłanie jest jedno – wiemy jak wyglądamy, akceptujemy siebie, nie promujemy niczego niezdrowego. Nic więcej. Szukamy tolerancji dla innych dziewczyn, szukamy wsparcia dla nich. Nie każdy jest jak Ja, Zuza czy masa innych dziewczyn, które w dupie mają wasze słowa. Są takie które nie wyjdą z domu w sukience. Takie które nie pójdą na plażę. Takie które nie wezmą się za siebie, bo boją się reakcji ludzi. Zastanówcie się chociaż przez chwilę – czy chcielibyście by wasze dziecko spotykały takie słowa, jakie wy kierujecie w stronę (według was) innych ludzi?

Nie wydaje mi się.




Share
Tweet
Pin
Share
No komentarze
Older Posts

About me

awaked_moments

A tak naprawdę Magdalena Surmacz – recenzentka, instagramerka i ponownie blogerka. Marzycielka twardo stąpająca po ziemi. Pyskata awanturnica, która zawsze ma coś dopowiedzenia. Mój blog – moje zasady. Mój świat i miejsce gdzie uchylam dla Was rąbka tajemnicy w tematach które mnie kręcą.

Enjoy!

Follow Us

  • facebook
  • tumblr
  • google+
  • instagram
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

  • Strona główna
Facebook Twitter Instagram Tumblr

Created with by BeautyTemplates | Distributed by Blogger